Węgry głosują, ale nie cale
Gazeta Wyborcza
Warszawa 10/11-04-2010
DZ. / Nr 84
Węgry głosują, ale nie cale
Żaden mieszkaniec Hetes nie pójdzie w niedzielę wybierać nowego parlamentu. Nie mają po co, bo przestali komukolwiek wierzyć. Nawet zasiłku nie są już pewni.
Jacek Pawlicki, Ózd
Hetes to romska osada, a właściwie murowane slumsy pod miastem Ózd leżącym 260 km na północny wschód do Budapesztu. Tu nigdy nie dotarta Unia Europejska, a wszystko, co dobre, skończyło się wraz z towarzyszem Janosem Kadarem, ostatnim komunistycznym przywódcą Węgier. W Hetes czas się zatrzymał. Nie chce iść do przodu, ale też nie może się cofnąć do ery Kadara choć wielu by tak chciało. Pięćdziesiąt wielodzietnych, kilku pokoleniowych cygańskich rodzin gnieździ się w nędzy w zrujnowanych piętrowych domach zbudowanych dla pracowników upadłej dawno temu huty. Nie ma bieżącej wody, deski i folia zastępują szyby w oknach, a jedynym znakiem cywilizacji są włączone na cały regulator telewizory. Starsi siedzą na schodkach, grzejąc się w wiosennym słońcu, dzieci biegają wokół podwórkowych wychodków zbudowanych niczym piramidy z pomalowanej na niebiesko cegły Tutaj nikt nie chce już nawet narzekać. Wszyscy, których zaczepiam, udają, że nie są stąd. Hetes to symboliczne oskarżenie pod adresem kolejnych siedmiu rządów lewicy i prawicy, które od 1989 r. nie zrobiły nic, by rozwiązać problem bezrobocia i biedy wśród Romów. Jedyną polityką wobec tej najliczniejszej węgierskiej mniejszości, bo szacowanej na 200-800 tys. osób (w zależności od metodologii), były i są zasiłki. Bezrobocie wśród Romów z Ózd i 29 romskich osad z okolicy waha się od 70 do 100 proc. W 1996 r. zebrałem 3 tys. Cyganów na demonstrację przeciw polityce rządu - opowiada Geza Seres, wiceszef romskiego samorządu Ózd. - Już wówczas wiedziałem, że to się źle skończy. Zasiłki oduczyły ludzi pracy. Właśnie dorosło pokolenie, które nigdy nie widziało swych rodziców w pracy - mówi Geza. Geza zaprosił mnie do swego pomalowanego na zielono domu kilka kilometrów od slumsów Hetes. 60-letni, ogorzały człowiek z wielkim czarnym wąsem prawie wszystko sam tu zrobił. Z dumą opowiada o ścianach, szopie, deskach w podłodze. Na podwórku jego zięć ćwiczy na skleconym własnoręcznie atlasie. Geza jest kimś, bo oprócz funkcji społecznych ma pracę. Jest rewizorem, nadzoruje prace publiczne. Dla Cygana, bo Geza woli, by mówić o nim Cygan, prace publiczne to marzenie. Ale śmieci do sprzątania i ulic do zamiatania jest za mało, kandydatów do pracy jest kilkanaście razy więcej niż miejsc. Pozostałym musi wystarczyć zasiłek w wysokości 28 tys. forintów miesięcznie (ok. 430 zł) wypłacany tylko jednej osobie dorosłej na rodzinę. Na szczęście jest jeszcze zasiłek na dzieci -12 tys. na każde - więc dzieci jest w każdej rodzinie po pięcioro-sześcioro. 28 tys. forintów to mniej niż za mało. Płaca minimalna na Węgrzech wynosi 68 tys. forintów. - Mało, ale Cygan przeżyje - uspokaja mnie 37-letni Jozsef Varadi, zięć Gezy. Jozsef, ślusarz, nie może znaleźć pracy - Kiedy umawiam się przez telefon, praca jest, kiedy przychodzę na rozmowę, zatrudniający widzi mnie i mówi, że pracy nie ma. Wszystko, czego się dorobiłem, pochodzi z czasów Kadara - wzdycha Ferenc Pako, kolega Gezy. W romskim domu PaM na meblościance stoi rząd pucharów, pamiątek z huty. W czasach, kiedy Ózd żyło z huty, Ferenc odlewał szyny i odbierał wysoką pensję. - Praca była ciężka, ale żyło się jak człowiek i można było nawet na wakacje wyjechać - opowiada Pako. Jednak huta i kopalnia padły ofiarą przemian. Przemysł ciężki, z którego żyło Ózd, pracował na potrzeby RWPG i ZSRR, a te jedno po drugim się rozpadły. Na miejscu huty i kopalni nie powstało nic. Niedzielne wybory do węgierskiego parlamentu nie uratują Ózd i Hetesu. Jest pewne, że dobry wynik uzyska tu skrajnie prawicowy Jobbik. Partia chce uzależnić wypłatę zasiłków od pracy, której w Ózd nie było, nie ma i nie będzie. Jobbik straszy Węgrów „cygańskimi przestępcami" i obiecuje reaktywowanie żandarmerii, która pilnowałaby miast i wsi.Andras Kisgergely numer jeden na tutejszej liście Jobbiku, przekonuje mnie, że jego partia pomoże Cyganom. Bo to przecież Węgrzy. Romowie mówią o nim wprost, że to „mały Hitlerek", bo tak jak Hitler próbował swych sił w malarstwie.W rozmowie z „Gazetą" ten tęgi jegomość z wąsem, ubrany w tradycyjny węgierski czarny strój bocskai, waży słowa i chwali się przyjaciółmi wśród Cyganów. W końcu jednak wzdycha - Cyganów trzeba albo przymusić do porządnego życia albo zamknąć w więzieniu, o
