Rozmowa z Małgorzatą Różycką
Dlaczego powinniśmy pomagać Romom?
Małgorzata Różycka: Kiedyś myślałam, że wystarczy powołać się na prawa człowieka albo odwołać do dekalogu.Dziś już wiem, że większość ludzi przekonuje inny argument: pieniądze. To się po prostu opłaca. Jeśli część społeczeństwa żyje w zapaści, nie jest w stanie zarobić na swoje utrzymanie, to trzeba tej części dać. Dać z czyjejś kieszeni.
Trzeba, chyba można...
MR: Można nie dać, ale wtedy wezmą sobie sami. Jeśli ktoś ma na utrzymaniu rodzinę, to zrobi wszystko, żeby ją nakarmić. Np. ukradnie. I na nic straszenie dotkliwymi karami. A przecież chcemy żyć w spokoju. To się nie uda, gdy są wokół ludzie biedni, bo bieda rodzi patologie.
Dlaczego Romowie nie radzą sobie sami?
MR: Od 600 lat są w Europie tymi obcymi, tymi innymi. Mają swój język, którego my nie znamy, swoje obyczaje, różniące się od naszych, swoje stroje. Taka odmienność powoduje obawy. Ludzie boją się tego, czego nie znają. Nie uważamy Romów za Polaków. Kilka lat temu, poszła w świat informacja, że Polak imigrant zabił na dworcu młodego Belga. Cała Polska się tym przejęła. Gdy po jakimś czasie okazało się, że to Polak romskiego pochodzenia, cały kraj odetchnął: „Przecież to nie nasz...” – pomyśleli wszyscy. Właśnie dlatego ciężko im znaleźć pracę i żyć wśród nas. Pracodawcy mają o nich złe przekonanie i boją się ich zatrudniać, wolą swoich, Polaków. A przecież znalezienie zatrudnienia ma fundamentalne znaczenie dla samodzielności.
Ale czy sami nie zapracowali sobie na tę niechęć?
MR: Nikt nie jest święty, ale uprzedzenie do Cyganów spowodowało, że dostrzegaliśmy tylko przykre wydarzenia z nimi związane. Media, które lubią wyraźne, jaskrawe i proste przekazy, też przyczyniły się do powstania takiego wizerunku. Rozboje, kradzieże, bójki – tak nam ich przedstawiano i tak o nich myśleliśmy. Traktowaliśmy i traktujemy ich przez to gorzej, a oni na nasza niechęć i agresję odpowiadają tym samym. Tworzy się błędne koło. Ja wiem, że to nie jest prawda o Romach, to tylko prawda o części z nich. Na szczęście ludzi, którzy myślą jak ja, przybywa. Wciągu ostatnich dziesięciu lat odsetek osób deklarujących niechęć do Cyganów spadł z 90 do 50. Mniej, ale ciągle jednak dużo. Dlatego, teoretycznie, gdy Romowie szukają pracy, powinni ukrywać swoją tożsamość. Ale przecież nie mogę im tego poradzić, bo ja jestem po to, byśmy zaakceptowali ich z całym dobrodziejstwem inwentarza. Tak powinno być.
Z 90 do 50 procent. To dużo. Co mają zrobić ci, którzy chcieliby, żeby ten odsetek jeszcze zmalał?
MR: Na pewno nie iść od razu do Romów i dzwonić do ich domów po kolei z pytaniem, „co mogę dla Państwa zrobić?”. Najlepiej pójść do organizacji, które już zajmują się Cyganami, i u nich szukać zajęcia. Trzeba dużo czasu i poświęcenia, by zdobyć zaufanie Romów, a stowarzyszeniom i fundacjom, takim jak np. wrocławska Fundacja Prom, to się już udało. Wykorzystując ich, powołując się na nich, można wejść do tego środowiska i działać. Prom przez trzy lata walczył o sympatię Cyganów, zanim został wpuszczony w to środowisko, a dalej spora część z nich nie wierzy, że ktoś im pomaga. Myślą sobie: „Co mi z tego, że dzieciaki dostają zeszyty, że bawimy się na festynach, czy ktoś pomaga załatwić nam coś w urzędzie. Pomógłby naprawdę, gdyby dał trochę kasy do kieszeni”. A przecież wszyscy wiemy, że lepiej dać wędkę niż nałapać ryb.
A dlaczego pukanie do drzwi na własną rękę nie przyniesie rezultatu?
MR: Bo tak jak my jesteśmy uprzedzeni do Cyganów, tak i oni są uprzedzeni wobec nas. Cyganie znają dwa rodzaje Polaków. Pierwsi to ci, którzy ich nie lubią i od nich stronią, więc i Romowie za nimi nie przepadają. A drudzy, to ci, którzy żyją na podobnej stopie życiowej jak oni sami, i często są to rodziny patologiczne, więc i o nich Romowie nie myślą najlepiej.
Załóżmy, że przekonała Pani 22-letniego Janka Kowalskiego, humanistę z silną potrzebą pomocy innym, by nie maszerował od razu do cygańskich domów, a poszedł do jakiejś fundacji, która się nimi zajmuje. Jakie pomysły powinien ze sobą przynieść?
MR: Ciekawe, ale rozsądne. Po pierwsze, nie wszystko da się zrealizować ze względu na ludzi po jednej i drugiej stronie, a poza tym mamy ograniczone fundusze. Pieniądze, które przyznaje ministerstwo w ramach prowadzonego już siedem lat Rządowego Programu Romskiego, są bardzo małe.
Proszę w takim razie podać przykłady programów dobrych, złych i zbyt szalonych do realizacji.
MR: Wolę wskazać dobre. To też uzmysłowi ludziom, jakie są nasze główne cele. Najważniejsza jest praca u podstaw, więc edukacja. Pomoc dzieciakom w odrabianiu lekcji. Odwiedzamy w domu Romów i pracujemy z maluchami – to zresztą jest najlepszy sposób na zdobycie zaufania Cyganów, bo oni ubóstwiają dzieciaki. Kupujemy rodzinom romskim, podręczniki, plecaki, plastelinę, zeszyty książki – wszystko, co potrzebne do nauki, bo przyszłe, wykształcone pokolenia Romów są największa nadzieją na zmiany. Czasem efekt końcowy douczania zaskakuje nas samych. Ostatnio cała grupa, z którą prowadziliśmy kurs języka angielskiego, wyjechała do pracy w Anglii. Szkoda, że zabrali umiejętności z kraju, ale można powiedzieć, że sukces dydaktyczny odnieśliśmy (śmiech).
Dobrym sposobem jest też organizowanie imprez kulturalnych.
MR: Tym bardziej, że jeśli chodzi o muzykę, taniec i śpiew, to nie ma mniejszości narodowej chętniejszej do takiej aktywności. Ale oprócz tego szalenie potrzebna jest pomoc we wzbudzaniu w nich obywatelskich postaw. Oni musza się nauczyć organizować i w ten sposób walczyć o swoje. Polacy to wiedzą, zdają sobie sprawę, że sprawnie działająca jednolita grupa może wiele – Romowie niestety nie wierzą, że np. ich aktywność polityczna w mieście może coś zmienić. Zresztą tutaj jest jeszcze jeden problem...
Jaki?
MR: Zazdrość. Gdy w ostatnich wyborach samorządowych udało nam się nakłonić pięciu kandydatów pochodzenia romskiego do startowania, to żaden z nich nie uzyskał nawet małej liczby głosów. Cyganom wydaje się, że władza jest tylko po to, żeby rządzący się nachapał. I dlatego zmarnowali szansę, by mieć przedstawicieli w radzie miast. Szansę na to, by na takim forum artykułować swoje potrzeby. Tego trzeba ich uczyć. Żeby ich Brochów stał się częścią miasta, bo na razie oni czują się tam, jak w enklawie. Muszą więcej wiedzieć o życiu publicznym. Bo na razie często nie rozróżniają urzędu wojewódzkiego od miejskiego i marszałkowskiego. Jak mówię im, że nie mogę im załatwić mieszkania komunalnego, bo to sprawa magistratu, to się złoszczą, że ze mnie urzędniczka od siedmiu boleści. A ja nie mogę im powiedzieć, żeby poczytali sobie ustawy kompetencyjne, bo przy słowie „kompetencyjne” dostanę w dziób, za to, że ich obrażam.
A działania na rzecz zdrowia?
MR: Te też są bardzo potrzebne. Średnia życia przeciętnego Roma jest o 20 lat krótsza niż Polaka. To jest przepaść cywilizacyjna. Skąd się bierze: Cyganie nie mają pieniędzy, by myśleć o zdrowym odżywianiu i aktywności ruchowej, no i nie mają nawyków. Oni skupiają się na tym, by związać koniec z końcem, a nie na tym, czy kupić śmietanę 18-procentową czy jogurt. Poza tymi kategoriami bardzo skuteczne w integracji Romów są też wycieczki. Jeździmy z nimi do innych Romów w Polsce, by wiedzieli, że nie są sami. Organizujemy też krótkie wypady liderów romskich i np. urzędników. Tam, pani Jadzia z okienka MOPS-u i regularnie odwiedzająca ją Cyganka, poznają się od ludzkiej strony. Nie ma tam zgrzytów: „daj” – „nie mam”. Jest rozmowa np. o mężczyznach. Okazuje się, że mężowie obu pań są równie nieromantyczni i już rodzi się nić ludzkiego porozumienia.
Czyli nie chodzi o rewolucyjne programy, a o zwykłą, ale najskuteczniejsza pomoc.
MR: Tak. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się więcej o sposobach na pomaganie, to polecam lekturę Rządowego Programu Romskiego. Tam jest wszystko dość przystępnie opisane.
Właśnie, rządowy. A co z pieniędzmi unijnymi. UE pomaga i na tym polu?
MR: Owszem, właśnie szykujemy się do odebrania sporych sum. Będą one wpływały na polskie konto do 2013 roku. Już niedługo będziemy mieli więc dwa źródła finansowania: europejskie i własne – właśnie rządowe. To znacznie poprawi sytuację i zwiększy pole manewru tych, którzy mają pomysły na pomoc Cyganom.
Czyli można szykować do pomocy, bo fundusze są tuż-tuż.
MR: Tak jest. Wszędzie to powtarzam, choć zastrzegam, że nie starczy ich na wszystkie programy. To ciągle dość ograniczone środki. No i nie jest tak, że im więcej w województwie programów, tym większa kasa. Podział będzie niezależny od liczby nowych inicjatyw. Dostaniemy swoją pulę i już, będziemy nią rządzić. Przestrzegam jednak, że z pracy na rzecz Romów nie da się utrzymać. To jest przede wszystkim wolontariat.
A jak problem Romów wygląda tam, skąd przyjdą pieniądze, w Europie?
MR: Cyganów w Europie jest około 10 mln. Najwięcej na Bałkanach. Do Jesieni Ludów zachodnia Europa nie zauważała problemu Romów. Bardzo dobra opieka socjalna spowodowała, że Cyganie jakoś sobie radzili. Jednak i tam byli oni słabo wykształceni i niechętni życiu publicznemu. Więc gdy na fali emigracji lat 90. zaczęło przybywać Romów np. w Wielkiej Brytanii rząd zauważył, że mniejszość romska jest i trzeba się nią zająć, by nie stała się problemem, a integralną częścią społeczeństwa. Dlatego w połowie lat 90. powołano przy Radzie Europy powołano taka grupę naukowo-romsko-społeczną, która spotyka się dwa razy w roku i zastanawia się, co zrobić by było dobrze i dzieli się doświadczeniami z różnych krajów na temat tej mniejszości.
I Pani jest jej członkiem. Proszę powiedzieć, co na tych cyklicznych spotkaniach robicie?
MR: Jeśli przedstawiciele jednego kraju mają jakiś problem związany z Romami, to pytają pozostałych, czy oni czasem z takim samym problemem już się nie borykali. Jeśli okaże się, że jest ktoś, kto poradził sobie w podobnej sytuacji, to opowiada temu, który jest w tarapatach, jak wyjść z kryzysu. A dzielimy się wszyscy ze wszystkimi, bo kłopoty z mniejszościami są powtarzalne. No i w przypadku Romów nie jest tak, że w jednym kraju jest wszystko super, a w innym całkiem źle. W każdym kraju można znaleźć coś, co szwankuje.
A skąd u Pani takie zaangażowanie w walce o lepsze życie dla Cyganów?
MR: To takie przekleństwo roboty pozytywistycznej. Gdy widzę, jaka jest ich sytuacja społeczna, to coś się we mnie buntuje i muszę zakasać rękawy. Jak spotykam romskiego dzieciaka, który w oczach ma takie IQ, że daj Panie Boże zdrowie i wiem, że może je zmarnować, to nie mogę na to pozwolić.
Ma Pani jakiś pupili pośród tych maluchów?
MR: Jasne, ale nie mogę faworyzować żadnego, bo musze pomagać wszystkim.
Pomagać. A nie boi się Pani, że jak im się tak już do końca pomoże, to staną się tacy jak my i nie będą już mniejszością narodową?
MR: Mam nadzieję, że nie. Ja nie jestem po to, by odebrać im tę cygańskość, tylko żeby nauczyć ich z tą cygańskością żyć w niecygańskim społeczeństwie. Nie chcemy asymilacji, tylko integracji. A musi Pan wiedzieć, że prawdziwa świadomość swoich korzeni, kultury i odrębności rodzi się w wykształconym umyśle. Więc nie ma obawy, że nauka w szkole obedrze ich z tożsamości, a jest nadzieja, że ją umocni.
A ta integracja może wzbogacić nas, Polaków?
MR: Jasne. Możemy uczyć się od nich radości życia i przyjemności z bycia razem. To wyjątkowo rodzinna mniejszość narodowa. A w czasach, gdy współczesne społeczeństwa Europy chorują na samotność i szkodliwe rozluźnienie więzów rodzinnych, Cyganie mogą zarazić nas tym swoim entuzjazmem do życia i drugiego człowieka. Dwutygodniowe spotkania rodzinne, to coś, co nas przeraża, a ich cieszy. Dla nas to jakaś fantastyczna wizja, a dla nich rzeczywistość.
To jak wyobraża Pani sobie spełnienie swojej pracy.
MR: Silna reprezentacja Romów-studentów na uczelniach publicznych; wykształcona Romka w moim biurze; cygańska ekipa remontowa, którą bez obaw wpuszczamy do domu; kultowa knajpa cygańska w mieście; romscy uczniowie ze świadectwami z czerwonym paskiem i wzorowym zachowaniem (śmiech); likwidacja gett cygańskich w miastach. Ot i tyle. Później już samo pójdzie.
