Rozmowa z Józefem Mastejem
Panie Prezesie, czym zajmuje się Pana stowarzyszenie?
- Staramy się zintegrować Romów z Polakami. Chcemy pokazać naszym ludziom, że świat, w którym żyją nie jest straszny i nie trzeba się zamykać we własnych domach. Próbujemy to osiągnąć przez edukacje dzieci, imprezy kulturalne i sport. Walczymy też o to, by Polacy uwierzyli, że my, Romowie, nie jesteśmy osobami, których trzeba się bać. Że jesteśmy ludźmi, z którymi można żyć.
Na co dzień jest to pewnie ciężki kawałek chleba.
- Oj tak. Zarówno Polacy jak i Romowie piętrzą problemy, z którymi my musimy sobie radzić.
Romowie też?
- Oczywiście. Podam kilka przykładów. Np. staramy się, by dzieci miały jak najlepsze warunki nauki, a tymczasem rodzice nie dbają o to, by chodziły one do szkoły. Walczymy o środki na różne inicjatywy, jak np. festyny, koncerty, remonty – a moi cygańscy znajomi myślą, że gruba część tych pieniędzy ląduje u nas w kieszeni. Co jest bzdurą, bo przecież my się musimy z tych pieniędzy rozliczać. Musimy rozliczyć każdy grosz, bo inaczej skończylibyśmy w kryminale.
A jakie problemy macie z Polakami?
- Bardzo często są oni nieufni wobec Romów, co przeszkadza nam np. w zdobyciu pracy. Gdy do okienka urzędu pracy podejdzie Cyganka, to okazuje się nagle, że jeszcze przed chwilą wolne miejsce pracy właśnie ktoś zajął. I dzieje się to na tyle często, że nie może być przypadkiem. Polakom wydaje się też, że Romowie na nich krzyczą. A to nieprawda, bo my po prostu głośno mówimy. Ten błahy powód też jest źródłem wielu nieporozumień i konfliktów.
Polacy też mają jakieś wady, które wam dokuczają?
- Są gadułami. Nie można się wam zbyt szczerze wygadać, bo zaraz wie o sekrecie cała dzielnica. No cóż każdy ma swoje plusy i minusy.
Waszą ogromną zaletą jest muzykalność.
- Tak, u nas każdy albo na czymś gra, albo śpiewa. A jak już mu nie idzie w obu tych dziedzinach, to chociaż tańczy. Właśnie dlatego nasze stowarzyszenie buduje na wrocławskim osiedlu Brochów Centrum Integracyjne Romów. Będzie w nim pracownia komputerowa, świetlica, siłownia, sala taneczna, klub, no i przede wszystkim studio nagrań. Równie miłymi gośćmi co Cyganie będą tam Polacy. Jak tylko ten projekt wystartuje, to co rusz będziemy odkrywać muzyczne talenty. No i ożywi się cała nasza dzielnica. To będzie integracja jak z nut.
Ale stowarzyszenie prowadzi też drużynę sportową.
- Tak, mamy młodzieżowy zespół hokeja na trawie. Gramy od stycznia 2006 roku. Chłopcy przeszli już do ligi juniorów, ale to na razie dla nich za ciężki kawałek chleba. Zdarzają się nam wysokie przegrane.
Mówi pan o wynikach sportowych, ale przecież są jeszcze efekty społeczne i na tym polu odnosicie sukcesy.
- Tak, w drużynie są Romowie i Polacy. Chłopcy zaprzyjaźniają się ze sobą i uczą razem żyć. Ja wiem, że to najlepsza inwestycja w przyszłość, bo sam długi czas grałem w hokeja razem z Polakami. Chociaż często zdarzały się podejrzliwe spojrzenia z ich strony i przejawy niechęci, to jeden z nich jest do dziś moim przyjacielem. Przyjeżdża do mnie, odwiedza, dzwoni. Każdy z nas ma teraz swoje życie, ale znajdujemy czas, żeby powspominać. A jest co. Niestety, stereotypy są tak silne, że nawet ze strony starych kolegów z drużyny spotykają mnie nieprzyjemności. Gdy pierwszy raz jechaliśmy z drużyną na obóz, ojciec jednego z graczy, zobaczył, że ja również jadę jako trener. I chociaż znaliśmy się z dzieciństwa z boiska, zaczął się awanturować, że pod opieką Cygana, dziecka nie zostawi. Przykre to.
To jak Pan uczy tolerancji swoich chłopaków?
- Kiedy gdzieś jedziemy, mieszkają w pokojach w parach mieszanych: Cygan z Polakiem. Taki prosty zabieg wystarczy, żeby przekonali się, że w zasadzie się między sobą nie różnią. Tworzą też jeden zespół, współdziałają na boisku. To wszystko bardzo ich zbliża. Ale pomimo tego i tak zdarzają się przejawy nietolerancji. Jest między nimi jakaś bariera. No cóż, trzeba jeszcze wielu, wielu lat, by się jej pozbyć.
No ale chyba nie Powie Pan, że nic się nie zmienia.
- Oczywiście, że nie. Zmieniło się wiele. Już od momentu założenia naszego stowarzyszenia, czyli od roku 2004, jeśli chodzi o kwestie integracji, jest o połowę lepiej. Poznałem wielu urzędników, którzy okazali się konkretni i pomocni. Znajdują się środki na pomoc. Czujemy więc zmianę. Ludzie już nie wołają na nas cyganie, ale Romowie. Co prawda, my się nie zżymamy na to pierwsze określenie, gdy pada z ust przyjaciół, którzy nie mają nic złego na myśli. Ale przez te wiele lat komunizmu i ostatnią dekadę XX w. obrosło ono w dużo negatywnych skojarzeń. Dlatego w oficjalnych rozmowach wolimy określenie Rom.
Czy razem ze zmianą w Romów, nie tracicie części swoich obyczajów. Czy integracja nie odrywa waszej młodzieży od korzeni?
- To jest pewien problem, rzeczywiście, nasze dzieci, tak jak i polskie, nie chcą słuchać o starych obyczajach. Coraz częściej dochodzi do małżeństw mieszanych, zmniejsza się ich dyscyplina, rozluźniają się więzy rodzinne; chociaż akurat w tej kwestii szczególnie dbamy o ich wychowanie i ciągle są one bardzo silne.
Wiem, że macie sposoby, by dyscyplinować swoją młodzież?
- Tak. Jest kara wykluczenia. Ale we Wrocławiu raczej nie jest stosowana.
A na czym polega?
- Osoba, która popełni jakieś przewinienie jest wykluczana z naszej społeczność. Gdy odbędzie karę i przyjmie skruchę, to wraca. Takie wygnanie może trwać i dwa lata.
Za co można dostać taka karę?
- Np. za branie narkotyków. Uzależnienie młodzieży to problem nie tylko Polaków, ale i nasz.
A jak to jest z Waszym wędrowaniem? Ciągle jeszcze wieje wam wiatr w plecy i przenosi z miejsca na miejsce?
- Jeśli zdarza nam się podróżowanie, to tylko w celach ekonomicznych. Dużo Romów wyjechało teraz do Anglii, Irlandii, Szkocji. Wcześniej były Niemcy, teraz są tamte kierunki. To jest też niekiedy powód, że rozluźniają się więzy rodzinne. Tak dla samego podróżowania, to raczej uż się nie przemieszczamy. A już na pewno nie na wozach.
No właśnie, wozów już nie ma. A co zostało ze starych tradycji?
- Huczne wesela. Co prawda nie trwają one już tydzień, tak jak kiedyś bywało, ale jeszcze potrafią się ciągnąć kilka dni. Do tego czuwanie przy grobach. U nas jest zasada, że w dzień wszystkich świętych groby bliskich nawet przez minutę nie mogą być same. Dlatego siedzimy przy nich przez cały dzień. No i mamy swojego króla. To jest Szero Rom; szef Romów na cała Polskę.
Jak Pan myśli, uda się zintegrować Polaków i Romów bez straty dla jednej i drugiej strony.
- Oczywiście. Wierzę gorąco, że jedni i drudzy na tym zyskają. Jest u nas na wrocławskim Brochowie taki chłopczyk, Polak, który sam, ze słuchu, nauczył się romskiego. Mówi w dwóch językach i nie widzę, by był to dla niego kłopot. To raczej jest zaleta.
