Romowie dobrze zintegrowani
Gazeta Wyborcza
dodatek - Duży Format
Warszawa 11-02-2010 DZ. / Nr 35
Romowie dobrze zintegrowani
W „Dużym Formacie" 5 listopada 2009 ukazał się reportaż Lidii Ostałowskiej zatytułowany „Użycie" z nadtytułem „Cyganie źle zintegrowani". Reportaż wywołał wzburzenie u szeregu osób w Czarnej Górze. Piszę także w ich imieniu. Reportaż jest bowiem przykładem nierzetelnego dziennikarstwa i braku pokory dla faktów. Autorka wspomnianego reportażu stała się specjalistką od spraw Romów w „Gazecie Wyborczej". Reportaż ten przechylił jednak szalę - jest nierzetelny, manipuluje rzeczywistością, oczernia i stygmatyzuje romską społeczność w Czarnej Górze. Został napisany w złej wierze. Dopełniła go wywiadem z prof. Lechem Mrozem, który wspiera tezy autorki zawarte w tekście. L. Ostałowska wybrała tytuł, który z góry narzuca ocenę; zanim przeczytamy cokolwiek więcej, już wiemy, że mamy do czynienia z przykładem źle zintegrowanej społeczności. Autorka posługuje się też nazwą Cyganie, jakkolwiek w wielu innych tekstach używała z zasady nazwy Romowie; pisząc negatywnie o Romach, widocznie uznała, że lepiej użyć nazwy Cyganie. Fragmenty wybrane i wybite większą czcionką, w ramkach, też nie zostawiają złudzeń - stygmatyzują społeczność. Ostałowska skupia uwagę na dwóch rodzinach, najmniej radzących sobie w tej społeczności, i czyni je niejako reprezentatywną próbą ogółu mieszkańców romskiego osiedla. Cytuje wyłapane gdzieś wypowiedzi tych ludzi, prezentując w całym „bogactwie" ich słownictwa. Efekt takiego zabiegu jest oczywisty - wywołuje odruch odrzucenia i nastawia czytelnika negatywnie wobec tej społeczności. Niekiedy uogólnia negatywny stereotyp, choćby w stwierdzeniu, iż „Nie każdemu chce się pracować. Żyją z tego, co gmina da. Nie rozumieją świata obok. Nie podnieca ich wyścig szczurów i kariera. Liczy się rodzina i dom, pieniądze to tylko środek". Zaraz jednak dodaje: „Pieniądze! W kontenerach wciąż słychać to słowo". L. Ostałowska krytykuje rząd i program romski za sytuację w Czarnej Górze; za to, że Romowie są źle zintegrowani, że nie pracują, że utrzymują się z zasiłków. (Skąd takie dane? To, co udało mi się ustalić, przeczy tym danym: na 69 osób dorosłych 6 jest powyżej 70. roku. życia, z pozostałej liczby 18 pracuje, 12 zaś pracuje dorywczo!). I że rodziny Augustyna i Jana zamiast willi dostały od państwa domy-kontenery, a boisko nie jest zadbane. Zarzuty chybione i nieprawdziwe. Pomijam już fakt, że te domy-kontenery były czymś, o co usilnie zabiegały wspomniane rodziny, że każdy kosztował ponad 150 000 zł, że są to domki w pełni wyposażone, z łazienką, ogrzewaniem. Prezentuje byłego wójta jako osobę, która jedyna próbuje coś pozytywnego robić na osiedlu. W ten sposób można oczywiście pokazać każdą społeczność, także polską czy inną - jak w krzywym zwierciadle. Autorce przyświeca konkretny cel - przyjechała do Czarnej Góry nie tyle „żeby zobaczyć, jak to działa" [program pomocowy dla Romów], ale żeby wypunktować negatywy. To nic, że tych negatywów niewiele, ale można je pokazać,-jako obraz całości. Wywiad autorki z profesorem Lechem Mrozem ma ugruntować to przekonanie. Bronię imienia Czarnej Góry i społeczności romskiej, bo to jest społeczność, z której się wywodzę. Obserwuję przemiany, jakie tam zachodzą; widzę pozytywy, ale jestem w stanie dostrzec też negatywy. Opinie zaś nieprawdziwe, stronnicze czy zasłyszane, zwłaszcza gdy dotyczą Programu na rzecz Romów, który wypracowało i pod którym podpisało się wiele organizacji romskich, szkodzą Programowi i w konsekwencji samym Romom. Osobiście oczekuję, że ludzie tacy jak dziennikarka czy profesor, którzy z racji swojej profesji i możliwości kształtowania opinii rzetelnie wykonywali swoją pracę, robili to w dobrej wierze, nie byli tubą jednej frakcji romskiej i nie wykorzystywali w tym celu łamów „Gazety".
mgr Andrzej Mirga
Przykro mi, że pan Andrzej Mirga - Rom z Czarnej Góry, a teraz warszawski ekspert OBWE - tak surowo ocenił mój reportaż. Myślę, że emocje wzięły górę nad dystansem.
Naukowcy badają Czarną Górę od 30 lat. Przed wyjazdem sprawdziłam, co pisali. Przeczytałam raporty o Romach na rynku pracy, o edukacji romskich dzieci, o sukcesach i klęskach programu rządowego i unijnego na rzecz Romów. Pojechałam przygotowana.
Zobaczyłam społeczność skłóconą, rozbitą. Powszechne bezrobocie, częsty niedostatek, przekonanie o braku szans. Zaglądanie sąsiadom do garnka. Zdenerwowanie, letarg, przygnębienie. Opisywałam już takie uczucia, na przykład u byłych pracowników pegeerów. Jednak wykluczenie ma w Czarnej Górze dodatkowe źródło - pochodzenie. Polacy ze wszystkich narodów najmniej lubią właśnie Romów. Wielu (ponad 40 proc.) uważa, że Romowie są z natury źli. Ogromna większość nie chce, by udzielano im szczególnej pomocy. Program rządowy i projekty europejskie to właśnie taka pomoc. Nie potrwają wiecznie. Ważne, by nie zmarnować ani grosza, i jestem pewna, że o to się z Andrzejem Mirgą nie spieramy. Nowe kontenery dla najbiedniejszych w Czarnej Górze na chwilę poprawiły ich los. Ale czy można uznać to za integrację? Wciąż są izolowani - za wsią, za rzeką, w swoim slumsie, w szkole specjalnej.
A dzieci z osady wciąż nie mogą wypełniać testów psychologicznych w swoim ojczystym języku. Ich rodzice nie chodzą na wybory, bo się nie czują obywatelami. Są przywiązani do spłachetka cudzego gruntu, na którym stoi ich dom. Nigdy go nie sprzedadzą, nawet jakby gmina załatwiła sprawę własności. Chyba że swojakowi, bo który Polak osiedli się wśród Cyganów? Rozumiem przywiązanie Andrzeja Mirgi do rodzinnej Czarnej Góry. Zapewniam, że dobrze jej życzę, stąd ten tekst. Jeśli niechcący dotknęłam czymś mieszkańców, to przepraszam.
Lidia Ostałowska
Od redakcji: List pana Andrzeja Mirgi jest skrótem bardzo obszernego tekstu, który w całości zamieszczamy na naszej stronie wwwwy-borcza.pl/df
