Przegrana batalia irlandzkich „podróżnych"
Gazeta Wyborcza
Warszawa 20-10-11 DZ. / Nr 245
Przegrana batalia irlandzkich „podróżnych"
W bitwę z policją przerodziła się w środę największa i najdroższa bodaj zbiorowa eksmisja w najnowszej historii Wielkiej Brytanii. Wysiedleni - żyjący jak Romowie irlandzcy travellersi - oskarżają władze o dyskryminację
O świcie około stu policjantów wdarło się przez tylne ogrodzenie do rozciągającej się na ok. 2,4 ha ziemi nielegalnej osady domów i przyczep kempingowych Dale Farm w hrabstwie Essex na południowym wschodzie Anglii. Na policjantów uzbrojonych w pałki i paralizatory posypały się cegły, kamienie, butelki, a nawet - jak pisał „Daily Mail" - wiadra z uryną. Doszło do walk wręcz i szarpaniny. Broniący osady aktywiści spoza społeczności travellersów podpalili jedną z przyczep. W smugach gęstego, czarnego dymu przykuwali się do domów za pomocą zamków do rowerów. Głównym punktem oporu stało się wysokie na kilkanaście metrów rusztowanie zbudowane przez obrońców wiele tygodni przed akcją. Akcję relacjonowały brytyjskie telewizje i opisywały minuta po minucie portale największych brytyjskich gazet - Jeśli nie przestaniecie, to skończy się czyjąś śmiercią! - krzyczała do kamery Sky News Nora Sheridan, jedna z mieszkanek osady. Inna, uwieczniona na zdjęciach na tle płonącej przyczepy z wielkim krucyfiksem w podniesionej dłoni, odgrażała się, że w listopadzie mieszkańcy Dale Farm rozpętają piekło pod brytyjskim parlamentem w Londynie. Jedna z mieszkanek osady protestowała przeciw eksmisji z krucyfiksem w dłoni.
Na szczęście obyło się bez ofiar
- sześć osób zostało lekko rannych. Policjanci wyłuskiwali z tłumu osoby stawiające czynny opór i wyprowadzali je z obozu w kajdankach. Aresztowano kilka osób. Wobec kilku użyto paralizatorów, co wywołało największe oburzenie komentatorów. Po południu w osadzie zjawili się komornicy z nakazem eksmisji. Dzień wcześniej mieszkańcy Dale Farm przegrali ostatnią apelację.
W osadzie mieszkało 86 rodzin
- w sumie ok. 400 travellersów. Dla tej grupy etnicznej nie ma dobrej polskiej
nazwy - najbliższym tłumaczeniem są „podróżni". Kiedyś travellersi przemieszczali się w karawanach, teraz żyją w osadach takich jak Dale Farm. Między sobą mówią we własnym języku, często nie mają stałej pracy, żyją w zamkniętych skupiskach, żeby nie powiedzieć gettach. W Irlandii jest ich ok. 22 tys., a w Wielkiej Brytanii -15-30 tys. Nierzadko spotykają się z dyskryminacją. Eksmisję wyegzekwowały władze miasta Basildon, decyzji bronił rząd w Londynie, podkreślając, że nikt nie może stać ponad prawem. Wszelkie próby dogadania się zostały wyczerpane.
- Przeszliśmy przez wiele procesów sądowych i apelacji. Prawo jest po naszej stronie - mówił stojący na czele władz lokalnych Tony Bali. Przyznał jednak, że nie jest zadowolony z tego, że wszystko skończyło się bitwą z policją.
Travellersi z Essex kupili kawałek ziemi na Dale Farm dziesięć lat temu. Od tego czasu procesowali się z władzami Basildon o wzniesione bez pozwoleń domy. Według „Daily Telegraph" eksmisja kosztowała podatników 22 min funtów. Zanim do niej doszło, miesiącami gorąco komentowały ją brytyjskie media. Te lewicowe sprzyjały raczej travellersom, przestrzegając przed wysiedleniami jakie rok temu spotkały we Francji Romów. Konserwatywne gazety i brukowce przedstawiały zaś ludzi z Dale Farm jako aspołecznych awanturników nieliczących się z prawem. Na początku września działający przy ONZ Komitet ds. Likwidacji Dyskryminacji Rasowej (CERD) wezwał władze Basildon, by wstrzymały eksmisję. Travellersom sprzyjała też angielska Rada Romów i Kościoły: anglikański, katolicki, a nawet naczelna rabin Wielkiej Brytanii.
- Na początku XX wieku travellersi byli tak samo szkalowani jak Żydzi - tłumaczyła we wrześniu rabin Janet Burden. - Język wykorzystywany teraz przeciw mieszkańcom osady przypomina antysemickie wystąpienia, o
Jacek Pawlicki
