Na Węgrzech rasiści są w każdej partii
Gazeta Wyborcza
Warszawa 23-04-2010
DZ. / Nr 95
Na Węgrzech rasiści są w każdej partii
Romowie są wielkim wyzwaniem dla naszego kraju.
A to, że stali się kozłem ofiarnym w walce politycznej, sprawia, że wyzwaniem są jeszcze większym - mówi węgierski socjolog Jacek Pawlicki
Budapeszt
W niedzielę odbędzie się druga tura wyborów parlamentarnych na Węgrzech. Po pierwszej z 11 kwietnia wiadomo, że rządzić będzie opozycyjny, konserwatywny Fidesz, który zdobył wtedy ponad 50 proc. głosów. Po drugiej okaże się, czy partia Viktora Orbana będzie miała dwie trzecie głosów (sondaże tego nie wykluczają), co pozwoli jej choćby zmienić konstytucję. Ogromny sukces odniósł nacjonalistyczny Jobbik - zajął trzecie miejsce, za tracącymi władzę socjalistami. Jobbik znajdzie się w węgierskim parlamencie po raz pierwszy, ma już 26 mandatów i może mieć po II turze więcej. To właśnie Jobbik będzie teraz największym problemem prawicowego Fideszu, bo będzie prowokował rządzącą partię do wielu nacjonalistycznych posunięć, choćby dotyczących licznej diaspory Węgrów za granicą.
Rozmowa z Janosem Ladanyim socjologiem Uniicemytetu Corvinma w Budapeszcie.
Jacek Pawlicki: Skrajna prawica na pewno będzie miała silną reprezentację w parlamencie. Co to oznacza dla Węgier?
Janos Ladanyi: Wejście Jobbiku do parlamentu nie jest dla mnie tragedią ani czymś wyjątkowym. Wielu obserwatorów robi porównania z latami 30. XX w., kiedy na Węgrzech narodziło się faszystowskie, kolaborujące z III Rzeszą ugrupowanie Strzałokrzyżowców. Takie porównania nie są do końca w porządku, bo czasy się zmieniły. Węgry są małym krajem, mniejszym niż przed I wojną światową. Kiedy prawicowy radykalizm rósł w siłę na Węgrzech w latach 30., rosło w siłę imperium niemieckie. Dziś takich Niemiec nie mamy.
Wbrew temu, co mówi duża część komentatorów, ja uważam, że próba wdarcia się prawicowego radykalizmu do węgierskiego życia politycznego może pomóc naszej demokracji. Węgierski problem nie polega na tym, że mamy więcej skrajnie prawicowych ekstremistów niż w innych krajach Europy - są przecież we Włoszech, w Austrii, nawet w Holandii. Węgry są unikalnym krajem z innego powodu - nigdy nie było u nas ściśle określonej granicy między konserwatyzmem a prawicowym radykalizmem. Właśnie z tym mieliśmy problem w okresie międzywojennym i znowu po 1990 r. Prawicowi radykałowie zawsze byli w różnych partiach, nawet w socjalistycznej MSzP i oczywiście w Fideszu. Radykałów gromadziła radykalno-narodowa Węgierska Partia Sprawiedliwości i Życia Istväna Csurki.
Pytanie brzmi, co z tym zrobi Fidesz. Jeśli będzie kontynuował swą tradycyjną politykę, czyli próbował kontrolować Jobbik, jednocześnie z nim po cichu współpracując, Viktor Orbän straci władzę prędzej czy później, ale raczej prędzej. Jeśli uda mu się zmarginalizować Jobbik i wytyczyć granicę między konserwatywnym radykalizmem a skrajnym prawicowym radykalizmem, to będzie to istotny krok na drodze do budowy na Węgrzech nowoczesnego, zachodnioeuropejskiego modelu politycznego.
Orbän prowadzi dość niebezpieczną grę.
- Tak grał do tej pory. Gdyby Fidesz nie uzyskał w niedzielę większości konstytucyjnej w parlamencie, czyli dwóch trzecich głosów, to może potrzebować pomocy Jobbiku. Jeśli jednak taką większość uzyska, to będzie próbował wchłonąć Jobbik.
Na czym polega fenomen Jobbiku, partii, która wmówiła Węgrom, że Cyganie to jeden z ich największych problemów?
- Pierwszy powód to głęboki kryzys i na Węgrzech, i na świecie. Drugi powód już przytoczyłem - brak granicy między konserwatyzmem a skrajnie prawicowym radykalizmem. Trzeci to wciąż silna trauma po traktacie z Tria-non z 1920 r., na mocy którego Węgry straciły dwie trzecie powierzchni z Siedmiogrodem i dzisiejszą Słowacją.
Minęło tyle lat, a my wciąż o tym pamiętamy. Większość węgierskiego społeczeństwa nigdy tego nie zaakceptowała.
Jak to jest, że mimo upływu tyki lat i sukcesów, jakie odniosły Węgry w tym czasie, mimo wejścia do UE i NATO, wciąż rozpamiętujecie Trianon?
- Niedawno uczestniczyłem w wielkiej konferencji, w której brali udział Węgrzy z Węgier i z sąsiadujących z nami krajów. Odbyliśmy tam niekończącą się sesję na temat mniejszości węgierskiej. Rozmawialiśmy godzinami, ale ani razu nie padła tam nazwa Unii Europejskiej.
Czyli żyjecie wciąż przeszłością?
-Tak.
To chyba coś wyjątkowego w Europie.
- Polacy chyba to rozumieją, bo dla was historia też jest ważna.
Jobbik wykorzystał do swej kampanii problem biedy i wykluczenia węgierskich Romów. Ta partia traktuje Romów jak kozła ofiarnego.
- Romowie są wielkim wyzwaniem dla Węgier. A to, że stali się kozłem ofiarnym, sprawia, że wyzwaniem są jeszcze większym. Z badań socjologicznych wynika, że Romów jest 600-800 tys. 40 proc. z nich jest społecznie wykluczonych z powodu biedy. Ale bieda i społeczne wykluczenie na Węgrzech nie dotyczą tylko Cyganów. Takich ludzi mamy w kraju 800 tys., z czego Romowie to tylko część.
Długoterminowe bezrobocie i bieda nie są tylko problemem Romów. To rasizm zrobił z nich „kwestię romską". Romowie padli ofiarą kryzysu, który wybuchł na Węgrzech po upadku komunizmu. I częściowo ofiarą neoliberalnej polityki, jaką przyjęły Węgry na początku lat 90. Jobbik żeruje na tych rasistowskich uprzedzeniach i wykorzystuje je do swych celów politycznych.
- Prawie wszystkie partie na Węgrzech to robią. Robią to niektórzy socjaliści i politycy Fideszu. To nie jest problem jednej partii. Jobbikjest w tym względzie także kozłem ofiarnym. Mówiąc to, nie chcę wcale go tłumaczyć i bronić. W większości węgierskich polityków siedzi mary Jobbik. o
