Krwawy dramat w willi na Zatorzu
Gazeta Lubuska
Zielona Góra 04/05-07-2009 DZ. / Nr 155
Krwawy dramat w willi na Zatorzu
Cztery lata temu przed sądem w Zielonej Górze zapadł wyrok w najgłośniejszej sprawie kryminalnej w naszym regionie. Głośna była może dlatego, że mówiono o cygańskiej wojnie... A może z powodu jednego ze słynnych jaj Faberge...
To był jeden z pierwszych większych tekstów, jaki napisałem w „GL". Pojechałem do Nowej Soli i przy ul. Odrzańskiej trafiłem do domu cygańskiej rodziny, uwikłanej w sprawę zabójstwa, do którego doszło w 1991 r. Było nerwowo. Kilkunastu Romów w obawie przed zemstą opuściło miasto. Wojna wisiała na włosku. Później rozmawiałem z cygańskim królem. Najdziwniejsze, że śledztwo, a później proces, toczyły się jakby na dwóch poziomach - romskim i polskim. Na pierwszym sprawcy zostali ustaleni wcześniej. Ojcowie przyznali, że zabójcami są ich synowie. Oficjalna sprawiedliwość męczyła się lat 14. I to w atmosferze skandalu.
Torturowali i zabili
19 czerwca 1991 r. okazała, biała willa na Zatorzu w Nowej Soli stała się sceną krwawego dramatu. Kilka dni później znaleziono zmasakrowane zwłoki Waldemara Huczki, wójta miejscowych Cyganów. Obok martwi leżeli: jego 18-letni syn i narzeczona. Wszyscy mieli rany kłute, ciała nosiły ślady tortur. Huczko uchodził - nie tylko w swoim środowisku - za bardzo majętnego. Handlował dziełami sztuki w całej Europie, a w jego domu znajdowały się prawdziwe skarby, m.in. jedno ze słynnych jaj Faberge z kolekcji cara Mikołaja II. Nawiasem mówiąc, już kilka miesięcy po zabójstwie prawdopodobnie to właśnie cacko zostało sprzedane na aukcji w Nowym Jorku. Za ponad 3 min dolarów. Szybko udało się ustalić, że miejscowy Cygan wskazał willę Huczków pięciu obcym mężczyznom. Już kilka dni po zbrodni, w niemieckim Essen i w Inowrocławiu, ktoś usiłował sprzedać część zrabowanych przedmiotów. A na początku sierpnia na przejściu granicznym w Świecku niemiecki podróżny miał charakterystyczny sygnet z dedykacją ojca zamordowanego mężczyzny. Trzech podejrzanych zostało zatrzymanych w Bydgoszczy i trafiło do aresztu w Zielonej Górze. Usłyszeli zarzuty, pozostali za kratkami.
Zamieszki na sali sądowej. Proces, który odbył się w lipcu 1994 r., satysfakcjonował tylko oskarżonych o dokonanie zbrodni. Społeczność cygańska, a przede wszystkim rodzina ofiar, uznała werdykt za skandaliczny. W dniu ogłoszenia wyroku doszło nawet do zamieszek na sali sądowej. Zresztą sam proces był bardzo nerwowy. Zjeżdżali Romowie z całej Polski, a budynek sądu przypominał fort Knox. Były obawy, że dojdzie do linczu. Później pojawiły się wątpliwości co do sposobu prowadzenia śledztwa, zarzuty o korupcję prokuratorów i sędziów. Bo i było sporo dziwnych zdarzeń, a to zniszczono dowody, a to wypuszczono podejrzanego... Ale na podstawie tego orzeczenia, trzej główni oskarżeni zostali uniewinnieni od zarzucanych im zbrodni, kwalifikowanego napadu rabunkowego i potrójnego zabójstwa członków cygańskiej rodziny. Jak to możliwe? Sąd uzasadniał m.in., że sprawcy, po dokonaniu morderstwa w nocy 15 czerwca 1991 r., nie zdążyliby w półtorej godziny dotrzeć do hotelu pod Bydgoszczą, w którym zameldowali się o 3.50. Mimo że eksperymenty potwierdzały, że było to realne...
Zawieszone na dwa lata
Prokuratura wniosła apelację. W styczniu 1996, po jej rozpatrzeniu, sąd uchylił wyrok. Jak uzasadnił, materiał dowodowy wskazywał, że trzej oskarżeni jednak popełnili zarzucane im przestępstwa. Przy okazji wyszły niedociągnięcia śledztwa i procesu. Ale zapowiadało się, że dla tej sprawy jest już za późno, bo zielonogórska prokuratura zawiesiła śledztwo. Na dwa lata. I tak pewnie skończyłaby się ta cała historia, gdyby nie przypadek. Zwolnieni z aresztu podejrzani popełnili kolejne przestępstwa.
Śledztwo zostało podjęte w listopadzie 1999. Do walki oddelegowano dwóch prokuratorów (nieoficjalnie to właśnie im policjanci zarzucali „sfuszerowanie" śledztwa). A potem:
przesłuchano nowych świadków odtworzono przebieg eksperymentu procesowego, który dotyczył czasu przejazdu autem z Nowej Soli do Bydgoszczy uzyskano dokumentację związaną ze zmianą personaliów jednego z podejrzanych sporządzono szkice sytuacyjne posesji pokrzywdzonych za jednym ze sprawców wydano czerwony list gończy zastosowano instytucję świadka incognito dołączono opinie biegłych z zakresu badań daktyloskopijnych przeprowadzono ekshumację szczątków ciał
przeprowadzono inwentaryzację dowodów rzeczowych, a w jej wyniku ujawniono ślady DNA, które nadawały się jeszcze do badań (wcześniej w Polsce ich nie prowadzono), ślady chemiczne i mikroślady uzyskano opinie sądowo - psychiatryczne podejrzanych. Teraz wszystko było jak trzeba.
160 stron dowodów
W marcu 2003 r. prokurator okręgowy w Zielonej Górze skierował do sądu akt oskarżenia przeciwko sześciu podejrzanym, w tym głównemu organizatorowi mordu. Dokument liczył około 160 stron. I tu było sporo zamieszania. Chociażby w chwili, gdy okazało się, że ten sam obrońca reprezentuje trzech głównych oskarżonych i... świadka, który ich obciążał.
Gdy sędzia stwierdził: „Winni", na sali było słychać płacze i krzyki. Łzami zalewała się rodzina Huczki,uznając, że sprawiedliwości wreszcie stało się zadość. Krzyczał „Dombas", jeden z głównych oskarżonych. Wraz ze wspólnikiem usłyszał wyrok: 25 lat więzienia. Dwaj inni powędrowali na 15 lat za kratki. Kolejna dwójka usłyszała wyroki za pomoc w napadzie...
Ale po śledztwie pozostał niesmak, którego ślady jeszcze dziś można znaleźć w prokuraturze i w policji.
www.gazetalubuska.pl/
Dariusz Chajewsju
dchajewski@gazetalubuska.pl
