Kiedy tabory przyjeżdżały na „Zieloną”
Tygodnik Wałbrzyski
Wałbrzych 26-07-2010 T. / Nr 30
Kiedy tabory przyjeżdżały na „Zieloną”
„Jadą wozy kolorowe taborami" śpiewała przed laty Maryla Rodowicz z nutą nostalgii. Śpiewała o świecie, który przeminął, a który mienił się barwami romskiej kultury. Jeszcze na początku lat sześćdziesiątych w Wałbrzychu zatrzymywały się tabory ostatnich nomadów Europy. Romowie to wywodząca się z Indii grupa etniczna, która spóźniła się na zapomnianą wędrówkę ludów. Jako ostatni przybyli do Europy w średniowieczu i wędrowali po jej terytorium zajmując się głównie kotlarstwem i wróżbiarstwem. W barwnych strojach, obwieszeni złotem najchętniej śpiewali i tańczyli. W ich muzyce jest coś takiego, co każe nam, Słowianom, zadumać się przez chwilę i pozwolić sercu na niezrozumiały poryw zachwytu. To połączenie radości i smutku, afirmacji życia i tęsknoty za jego kresem, to opowieść o miłości, szczęściu i cierpieniu. A wszystko to w blasku ogniska wyrywającego z mroku ciepły krąg marzeń i nadziei. W Wałbrzychu tabory zatrzymywały się na „Zielonej". Owa przestrzeń ulokowana jest na Nowym Mieście pomiędzy ulicą Ceglaną i Olimpijską, od wschodu zamyka ją Żytnia, a od zachodu stare, porośnięte brzeziną hałdy szybu Chwalibóg. Przyjazd karawany barakowozów ciągnionych przez pociągowe perszerony zawsze wzbudzał żywe zainteresowanie nie tylko dzieciaków, ale i dorosłych mieszkańców dzielnicy. Przybysze widać przyzwyczajeni do emocji, które budziło ich przybycie, nie okazywali żadnych wzruszeń. Spokojnie ustawiali wozy, wyprzęgali konie, rozpalali ogniska i gotowali strawę. Wieczorem śpiewali i tańczyli. Ten moment był najbarwniejszy i szczególny, bo brała w nich udział dzieciarnia, która na równi z dorosłymi śpiewała i tańczyła. Instrumentarium tworzyły głównie skrzypce, gitara i akordeon, czasem guzikowy. Tu trzeba zaznaczyć, że choć rzadko trafiał się wirtuoz, to jednak Bóg obdarzył ten lud szczególną umiejętnością posługiwania się dźwiękiem. Na kilkanaście dni „Zielona" zamieniała się w miejsce wyjątkowe. Barwna i rozszczebiotana przyciągała tubylców. Witani byli propozycją wróżby, oferowano im lśniące patelnie i pozwalano sycić oczy egzotyką wędrowców znikąd. Wędrowców, którzy zmierzali przed siebie w pogoni za horyzontem. Oczywiście w tłumie ciekawskich nie brakowało milicjantów w niebieskich mundurach, którzy spisywali Romów w służbowych notesach i przeprowadzali w niezbyt miły sposób rozmowy „profilaktyczne". Ale to nikomu nie przeszkadzało. Władza, wiadomo, musi się wtrącać, a życie toczy się dalej. Jednak władzy niezależny tryb życia, na odległość tracący wielkim poczuciem wolności i swobody, był nie w smak. Bo „wolność (według ówczesnego naczelnego ideologa Wł. Lenina) to uświadomiona konieczność". A przybysze nie chcieli tego przyjąć do wiadomości i stosowania. Pewnie dlatego w 1965 roku mieszkańcy Nowego Miasta próżno czekali na wędrowny tabor. Nie przyjechał. Zatrzymała ich gomułkowska ustawa zakazująca wędrówek, a zmuszająca do prowadzenia osiadłego trybu życia. I skończyły się śpiewy przy ognisku, znikły cienie tańczących kobiet zamaszyście wywijającymi trzymanymi w dłoniach fałdami obfitych spódnic. Ostatni pobyt romskiego taboru na „Zielonej" miał swój szczególny akcent. To był dzień wyjazdu. Wracający z pracy Wiktor Paszek zastygł w zdumieniu. Na koźle pierwszego wozu opuszczającego „Zieloną" dostrzegł ośmioletniego syna swojego sąsiada Anatola. Towarzyszył mu czteroletni kuzyn z Kłodzka Leszek Bilewicz.
- Ludzie, co wy robicie, to porwanie! - krzyknął wzburzony.
- Panie, jakie tam porwanie, chłopcy chcieli jechać z nami, to czemu im bronić - odpowiedział woźnica podając chłopców mężczyźnie.
W domu mieli niezłą przeprawę, szlaban na desery i zaczerwienione pośladki. Dzisiaj ani romskich taborów, ani przyzwolenia na klapsy. Czasem szkoda i jednego, i drugiego. Jako że świat nie lubi próżni, miejsce romskich taborów zajęło przedsiębiorstwo wędrowne zwane popularnie „wesołym miasteczkiem". To oczywiste nadużycie, bo „miasteczko" było raczej smutne, ale w siermiężnych czasach towarzysza Wiesława odrapane karuzele, ciut wyrośnięte huśtawki, strzelnica z wiatrówkami o zwichrowanych muszkach i gabinet krzywych zwierciadeł stanowił istotną odmianę w codziennym zwyczajnym życiu. Choć po wieczornych występach ostatnich europejskich nomadów nie było to zjawisko olśniewające. Jednak w życie ówczesnych nastolatków wnosiło powiew tajemniczości i tworzyło miejsce, w którym można było zaimponować swojej lubej. Pod warunkiem, że zwichrowana muszka wiatrówki nie przeszkadzała trafiać do celu. Na strzelnicy prym wiedli chłopcy z ulicy Ogińskiego i Namysłowskiego. Mimo trefnego sprzętu potrafili ustrzelić nagrody. Raz były to zwykłe lizaki, takie czerwone koguciki z cukru na patyku, innym razem lusterko z podobizną wodza Apaczów Winnetou, a w sytuacjach ekstremalnych pluszowy miś. Czasami chłopcy strzelali do tarczy, to była forma męskiego pojedynku. Często zażarta i ostra, bo kibicowała im płeć piękna. Najczęściej w szranki stawali Wacek Kowalik zwany Walentyną i Jurek Kabziński. Ten ostatni zmarł kilka lat temu na raka krtani, ale wtedy rękę miał pewną i strzelał jak zaczarowany. Niechętnie pozwalano strzelać mu do fantów. Zawsze dziwnym trafem większość wiatrówek była niesprawna. Jednak Jurkowi wystarczyły trzy złożenia i trafiał, w co chciał. Wśród tłumu przewijającego się na „Zielonej", gdy gościło tu „Wesołe miasteczko", pojawiała się Danusia Kogut, wtedy nieopierzona brunetka o miłym uśmiechu, która lat kilka później łamała skutecznie męskie serca śpiewając w żeńskiej formacji wokalnej „Elemelki". Dzisiaj uśmiecha się rzadziej, co nie sprzyja atmosferze Nowego Miasta, lecz kiedy uśmiech zagości na jej twarzy, to wraca czar dawnych lat i „Zielona" staje się znów przyczółkiem magii i koloru. Lata siedemdziesiąte zmieniły status „Zielonej". Po tryumfie orłów Kazimierza Górskiego, każde miasto chciało wychować następców Laty, Dejny, Lubańskiego, Szarmacha czy Kostki. A ten ostatni, bramkarz znakomity, grał dla jednego z wałbrzyskich klubów. I na „Zielonej" zagościli trampkarze. Niewiele z tego wyszło, choć warunki były. Wielki obszar Nowego Miasta zajmowały obiekty sportowe. Powyżej „Zielonej", przy ul. Olimpijskiej znajdował się basen. Składał się z trzech akwenów, z których jeden miał olimpijskie wymiary i wyczynową skocznię. Brakowało prawdziwego basenu krytego. Powyżej basenu znajdował się stadion Górnika Wałbrzych z dolną płytą meczową i górną treningową, a poza tym z halą sportową z jedyną w regionie bieżnią tartanową. Hala została ostatnio odrestaurowana staraniem niegdysiejszych sportowców i znów służy miastu, ale boisko z zapleczem lekkoatletyczny to ruina, że o zasypanym gruzem basenie nie wspomnę. A basen ten ma jedną z ciekawszych anegdot w swojej historii. Otóż w latach siedemdziesiątych Darek Zatoński pełnił tu funkcję ratownika. Zobaczył młodą i piękną dziewczynę, więc chcąc wywrzeć wrażenie skoczył z piątki (skoczni, 5 metrów nad lustrem wody) tzw. łamańcem. Wynurzył się u jej stóp i spytał:
- Dlaczego nie pływasz?
- Bo nie umiem - odpowiedziała piękność.
- To proste. Nauczę Cię.
ROP
