Romowie.info - Jak się bić, to na

Jak się bić, to na

Przegląd Sportowy
dodatek - Magazyn Sportowy
Warszawa
14-05-10
DZ. / Nr 111

Jak się bić, to na


Kiedy byłem małym chłopcem, wyznaczyłem sobie cel, wyznaczyłem sobie drogę, którą do tej pory idę - śpiewa Gerard Linder, mistrz świata w kick-boxingu. Mieszka w Andrychowie. Jest Romem. W internecie pod teledyskiem z piosenką kilka komentarzy. „To na pewno nie jest dobra promocja Andrychowa". „Teledysk niby pokazuje walkę na ringu, ale Romowie..., wiadomo, o co chodzi..."
Andrychów, dwudziestotysięczne miasteczko na południe od Krakowa. Niczym szczególnym niewyróżniające się spośród setek podobnych polskich miasteczek. Nowych zabudowań nie ma zbyt dużo. Przeważa szarość. W centrum, na placu Mickiewicza jest malutka starówka. Z jednej strony placu stoi zniszczony, rozpadający się blok. Przed nim sterta śmieci. Wyrzucona przez kogoś stara kanapa. To właśnie jedno z miejsc, gdzie mieszkają Romowie. W mieście jest ich ponad setka, a w całym województwie małopolskim około 6 tysięcy.
- Każdy wie, jaki jest stereotyp Cygana, czyli Roma w Polsce. To lenie, nieroby, złodzieje - zaczyna rozmowę Gerard Linder. - O Polakach też opinie są różne. Aleja nigdy nie wrzucam ludzi do jednego worka - zapewnia. To właśnie z powodu tych stereotypów jeszcze niedawno w Andrychowie działo się źle. - Dochodziło do prawdziwych wojen między Romami i skinami. Zaczepiali na ulicy nie tylko naszych chłopaków, ale również kobiety. Wyzywali, wybijali okna. Teraz jest spokojnie. Nie wiem, może ci faceci po prostu dojrzeli - zastanawia się Linder, w świecie kick-boxingu znany jako „Black Dragon". Ma własny klub sportowy, współpracuje z urzędem miasta w sprawach Romów, założył stowarzyszenie romskie, uczy samoobrony i jeszcze rapuje. Wszystko co robi, ma na celu jedno - zmienić negatywne nastawienie do Romów.
Musiał umieć się obronić
Gerard na własnej skórze przekonał się, że życie Roma w Polsce może być trudne. - Często się lałem na ulicy. Chłopaki mnie zaczepiali, więc musiałem się bronić. Pretekst zawsze ten sam, byłem Romem. To wystarczało. Wtedy jeszcze nie ćwiczyłem, ale radziłem sobie. Miałem jakieś 11-12 lat. W szkole koledzy z klasy nie chcieli ze mną siedzieć w ławce. Nauczyciele czasami na to reagowali, ale częściej udawali, że nic nie widzą - wspomina dzieciństwo Linder. - Właśnie takie sytuacje zmusiły mnie do ćwiczenia sportów walki. Żebym zawsze potrafił obronić siebie i swoją rodzinę - wyjaśnia. Dlatego zapisał się do sekcji karate, ale wcześniej ćwiczył już sam. Inspiracją dla niego były filmy o karate, oglądane na wideo. „Wejście Smoka" z Bruce'em Lee znał na pamięć, scena po scenie. - Stawałem przed lustrem i udawałem Bruce'a. Jak przyszedłem ćwiczyć do klubu, dużo już umiałem. Trenerzy byli w szoku. A Bruce był w mojej głowie cary czas. Czy miałem jego plakaty na ścianach? Kurczę, no pewnie. I to bardzo długo - szeroko uśmiecha się Linder.
- Karate było dla mnie jednak za mało kontaktowym stylem. Ja chciałem walczyć w formule fuli contact. Takie pojedynki zawsze mi się podobały. Jak już się bić, to na maksa - wyznaje Gerard. - Po to uprawia się sporty walki. Zapisałem się do klubu kick-boxingu w Krakowie i zacząłem ćwiczyć na dobre. Pierwsze sukcesy przyszły bardzo szybko. Po trzech miesiącach wystartował w mistrzostwach Polski w kick-boxingu. Wygrał bez problemów. Miał wtedy 24 lata. - Od razu powołali mnie do kadry Polski. Zaczęły się wyjazdy na Puchary Świata, gdzie zdobywałem medale. Tytułów mistrza Polski mam już osiem, w czerwcu zeszłego roku zostałem mistrzem świata - wylicza Linder. „Dragon" pokonał wtedy Ah-meda Mabroka z Egiptu i zdobył tytuł w kategorii do 58,5 kg federacji WKN (World Kickboxing Network)

Partnerzy:

Prom
MSWiA
DUW
UKF
JCU
CIRS