Romowie.info - Francuska policjantka ujawniła rasistowskie praktyki kolegów za służby

Francuska policjantka ujawniła rasistowskie praktyki kolegów za służby

POLSKA Metropolia Warszawska
Warszawa 27-10-10 DZ. / Nr 227

Francuska policjantka ujawniła rasistowskie praktyki kolegów ze służby.

Natychmiast stała się „Arabką" i „zdrajczynią" Rasistowskie zwyczaje w kraju, który jest kolebką praw człowieka
Adam Sage
„The Times"
"Ako Francuzka pochodząca z tunezyjskiej rodziny 29-letnia Sihem Souid nie spotkała się  z  oznakami  rasizmu. Do czasu wstąpienia na służbę do policji.
Paryskie lotnisko Orly. Francja - kraj lubiący się chełpić, że to on właśnie stanowi kolebkę praw człowieka. W celi miejscowego posterunku stoi naga czarna kobieta. Policjanci wchodzą jeden za drugim ot, tak sobie, pooglądać. Dziewczyna kuli się w najdalszym rogu pomieszczenia, usiłując uciec przed ich spojrzeniami. Śmieją się i dowcipkują. Szczególnie gdy jedna z policjantek filmuje całą scenę telefonem komórkowym i po kolei pokazuje wszystkim zebranym. Ubaw na całego.
Ale jedna z policjantek nie bierze udziału w zabawie. Nie śmieje się do rozpuku. To Sihem Souid. Dopiero co zaczęła pracę w policji. Oburza ją poniżanie tej kobiety. A także wielu innych imigrantów lądujących na Orly. Souid obiecuje sobie położyć kres tym praktykom, które uznaje za sprzeczne z francuskimi ideałami, wręcz haniebne. Zawiadamia przełożonych. Odpowiedź? Mur wrogości i milczenia. Nikt nie chce przyznać, że w szeregach policji szerzy się zwykły i brutalny rasizm. Jednak Souid to twarda kobieta. Nie odpuściła. W tym miesiącu jesteśmy świadkami najnowszego i kolejnego etapu jej walki. Właśnie opublikowała książkę „Omerta dans la Police" („Omerta w policji"). Przypomnijmy, że słowo „omerta" oznacza w kręgach mafijnych zmowę milczenia. Temat? Opis przypadków poniżania i dyskryminacji, których Souid była świadkiem podczas swojej trzyletniej służby. Autorka nazywa rzecz po imieniu - to zwykły rasizm. Dlatego zresztą cała sytuacja wzbudza jeszcze większa grozę i przerażenie. Wielu pracujących na lotnisku policjantów pozwala sobie nazywać przybyszów z Afryki „sales negres"
- „brudne czarnuchy". Lub równie poniżającym określeniem „bougnoules"
- też „czarnuch". Tyle że nie brudny. Książka Sihem Souid to jedno wielkie
oskarżenie bigoterii panującej w szeregach La Police aux Frontieres (PAF)
- francuskiej policji granicznej. Autorka pracowała w jej oddziałach w latach 2006-2009. Nie chodzi jednak tylko o PAF. Souid oskarża też całą Francję prezydenta Nicolasa Srakozy'ego w chwili, gdy ta próbuje pogodzić wzniosłe aspiracje z twardą rzeczywistością - rozdźwiękiem między posiadającymi galijskie korzenie białymi rodzinami a 23 proc. ludności składającej się z imigrantów oraz ich dzieci i wnuków.
Autorka obwinia Sarkozy'ego, że swoim przełomowym wystąpieniem w lecie tego roku, w którym powiązał imigrację z przestępczością, stworzył rasistom wszelkiej maści ujście - swoisty wentyl dla ich nienawiści. Zdaniem Souid poprzez rozpoczęcie szeroko nagłośnionej kampanii przeciw obozowiskom Romów prezydent tylko jeszcze bardziej spotęgował wymowę swoich porażek. Świadczy o tym choćby i to, że odmówił zdymisjonowania ministra spraw wewnętrznych Brice'a Hortefeuxa mimo otrzymania przezeń wyroku skazującego za rasistowskie obelgi.
- Jak można oczekiwać, by policja świeciła przykładem, skoro nie jest nim sam jej formalny zwierzchnik?-pyta Souid.
- Ludzie powinni czuć, że policjanci ich chronią. Dziś znaleźliśmy się w punkcie, w którym się ich boją.
Podczas manifestacji przeciw projektowi reformy emerytalnej dominowały te dwie właśnie skrajne emocje: lęk i nienawiść. Jeden z uczniów szkoły średniej omal nie stracił oka, gdy trafiła go policyjna kula gumowa. Jednego ze studentów odwieziono do szpitala z wgnieceniem w czaszce, gdy wystrzelono w jego kierunku pociskiem z gazem łzawiącym. Demonstranci z kolei nieustannie atakowali policjantów kamieniami i innym przedmiotami.
Souid twierdzi, że jest śledzona, a jej telefon znajduje się na podsłuchu. Spotkaliśmy się w paryskiej kafejce. Nerwowo spoglądała na dwu techników reperujących na ulicy przewody elektryczne. Podskoczyła z przerażenia, gdy kelner przypadkowo opuścił stertę talerzy. Napięcie nie opuszcza jej ani na chwilę. Mówi szybko i jak może, stara się trzymać faktów. Swoją historię opowiada w sposób precyzyjny. Próbuje się nie unosić. Ale podczas rozmowy wiele razy łzy napływały jej do oczu-jakby odpływał z niej ciężar tego, co musiała znieść. Gdy po raz pierwszy poinformowała swoich przełożonych o postawach rasistowskich wśród pracujących na Orły policjantów, spotkała się z ostracyzmem. Chciała dotrzeć do ministrów - zignorowano ją. Skontaktowała się z dziennikarzami. Dziś toczy się przeciw niej dochodzenie w sprawie ujawnienia informacji poufnych. Miary dopełniło zdarzenie z lutego tego roku -Souid padła ofiarą gwałtu. Pewnego dnia .po zaparkowaniu samochodu udała się w stronę położonego nieopodal domu swojego przyjaciela. Zaprosił ją na kolację. Nagle z cienia wyskoczył jakiś mężczyzna. Złapał ją za szyję, a potem za kark. „Czułam jego łapy na sobie. Oddech i ciężar jego ciała. Odór jego potu. Nawet nie cierpiałam. Byłam złamana i załamana. Zniszczona" - pisze w swojej książce Souid.
Gdy zgłosiła gwałt na policji, potraktowaną ją pogardliwie. - Wiedzieli, kim jestem. Dla nich była zdrajczynią- mówi policjantka.
- Nie przyłaź do nas. Zadzwoń do swoich przyjaciół dziennikarzy - usłyszała na komisariacie. - Patrzyli na mnie z namacalną niemal wrogością.
- Psychicznie jestem wyczerpana. Zupełnie wyczerpana- mówi Souid. Kto by nie był przeszedłszy taką udrękę? Jej małżeństwo legło w gruzach. Głównie dlatego, że mąż - mają 9-letnią córkę
- nie wytrzymał napięcia związanego z atakiem żony na francuski establishment. Koledzy pokazali jej plecy. Mówi, iż ta rana jest niemal fizyczna. Jak ogromny ból mięśni.
Są też jednak przebłyski pocieszenia i wierni jej ludzie. Mieszkający w okolicach Paryża rodzice zajmują się dzieckiem w czasie, gdy Souid biega między wydawcami, sądami a pracą. Jak jeden maż poparły ją organizacje antyrasistowskie. Jej nowi koledzy z policyjnego działu skarg, gdzie teraz pracuje, ogólnie sympatyzują z jej postawą. Nie spotyka się tu, jak na Orly, z widoczną wrogością. Poparły ją media. Choć bez przesady
- nie było żadnego pospolitego ruszenia. W Wielkiej Brytanii jej wynurzenia wywołałyby skandal. We Francji nic takiego się nie stało.
Gdy amerykańska firma ochroniarska zatrudniała ją do pracy w policji na paryskim lotnisku, Souid nawet w najgorszych snach nie przeczuwała tego, co się późnej stało. Miała głowę pełną marzeń o służbie obywatelom. Jej rodzice przybyli do Francji, gdy miała dwa lata. Zanim zaczęła pracę w policji, nigdy - jak sama mówi - nie spotkała się z objawami rasizmu. - Żyłam sobie jak u Pana Boga za piecem. Może zbyt bezpiecznie.
Zwierzchnicy z początku uznawali Souid za idealny narybek. Egzaminy zdała na piątkę. Przydzielono jej obowiązki, które z reguły wyznacza się znacznie bardziej doświadczonym policjantom. Starała się robić dobrą minę do złej gry, ale bolało ją, że koledzy używali w stosunku do czarnych pasażerów z Afryki obelżywych określeń.

Partnerzy:

Prom
MSWiA
DUW
UKF
JCU
CIRS