Ballada o post-Cyganach
Czas Kultury
Poznań 2009
KW. / Nr 1
1 74 Czas Kultury / 1 - 2009
Ballada o post-Cyganach
Jacek Milewski, Dym się rozwiewa, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2008.
Książka Jacka Milewskiego okazała się nadspodziewanie dobra. Autor nie jest wszak licencjonowanym prozaikiem, ze zrecenzowanym dorobkiem, tylko zaangażowanym społecznikiem, twórcą pierwszej w nowożytnej Polsce szkoły dla romskich dzieci (działa w Suwałkach od 1993 roku). Można się było tedy spodziewać albo żarliwej rozprawy o losach ponowo-czesnego Judyma, albo humanistycznej z założenia pracy o niedolach cygańskiej mniejszości. Na szczęście „Dym się rozwiewa" nie jest ani jednym, ani drugim.
Milewski opowiada o życiu współczesnych cygańskich rodzin w 12 rozdziałach: mamy rzecz o nadziejach związanych z emigracją zarobkową; scenki z życia urzędów, od których wyszarpywać trzeba i zasiłki, i lokum spełniające podstawowe warunki sanitarne; jest o obwoźnym handlu i cygańskich muzykach,o sztuce wróżenia i romanipen, kodeksie honorowym. Wszystkie mikro historie opowiedziane są potoczyście, z nerwem, a także rozmaicie stylistycznie (wspomnienia, reminiscencje, a nawet coś na kształt dziennika pisanego niegramatyczną polszczyzną przez romskiego ucznia). Autor ma słuch wyczulony na potoczną mowę - jeden z bohaterów posługuje się genialnym słówkiem profesorialnie, opisując fachową robotę; stara Cyganka o imieniu Szeri koloruje swoje wywody powracającym wtrąceniem mon cheri, a dla opisania stanu myślowego zagmatwania Zofija używa określenia poplątnik w gtowie. Wiele partii dialogowych wypowiadanych jest w języku cygańskim, tłumaczonym w przypisach. Nie tylko ubarwia
i uprawdopodobnia to książkę, ale pozwala także rozpoznawać sensy niektórych popularnych piosenek wykonywanych na festiwalach kultury cygańskiej (uwaga: szlagwort szabadabada amore nie jest po cygańsku).
Bez wątpienia Milewski zna opisywany świat z pierwszej ręki, zjadł z Cyganami worek soli i wypił beczkę wódki. Dla wielu z nich to po prostu kak, czyli wujek. W każdym z bohaterów odnajduje coś pozytywnego, niechby i nawet piękny kapelusz czy zdziwione spojrzenie „młodego Paula McCartneya". Mimochodem wprowadza także czytelnika w detale cygańskiego codziennego życia, detale obce, jakby z innej planety, a jakże ludzkie, doczesne. Nie zdradza jednak wszystkiego, tajemnice ważące najbardziej zostawia dla siebie. Cudownym, przytoczonym przezeń, przykładem „eklektyzmu i dezynwoltury" cygańskiej tradycji są na przykład imiona. Phabuj (Jabłko), Kało (Czarny), Reca (Kaczka), Mura (Jagoda). Może i brzmią dziwnie w gadziowskim uchu, ale już nie tak bardzo, gdy wiemy, co znaczą [...] Ribana, Winnetou, Roki, Izaura; wybucha Sierpień: Lechu; stan wojenny: Bujako, Ronald, Rambo, Konan; pada komunizm: Blejk, Kristel [...] Angole dają azyl: Megi, Dejwid, Dżony Brytania. No i Ricardo, Hose, Manuel, Fabrycjo, Lucyna i Miranda, bo wielką sitę mają latynoskie seriale [...]. Wreszcie Pudziano (s. 11-12).
Bohaterowie z krwi i kości, uczestnicy tej samej rzeczywistości, choć Cyganie. W jednym z rozdziałów Milewski relacjonuje, słabo maskując pierwowzór i aktorów historii, dziennikarskie łowy za sensacją. Oto jedna z cygańskich kobiet na Podhalu potajemnie handluje psim sadłem. Sama psy zwabia, sama ponoć je morduje, a potem przerabia na zamknięte w słoiku lekarstwo przeciw bólom reumatycznym. Dociekliwy i poruszony kaskader żurnalistyki interwencyjnej przygotowuje spotkanie z kobietą-demo-nem. Kupuje u niej, zamówione wcześniej, dwa słoje ze smalcem. Po pięćset złotych za litr. Trzeci słój śledczy znienacka dostaje gratis, ze skwareczkami, jak filuternie zachwala psiobójczyni. Na niepewne pytanie, czy sama to przygotowuje, odpowiada: Pewnie, że sama! Rach ciach i już! A potem ze skóry, bebechy won i do gara! I do słoiczków (s. 49). Wstrząśnięty dziennikarz czym prędzej montuje telewizyjny reportaż. Opinia publiczna jest poruszona, sąsiedzi przestraszeni, właściciele psów grożą samosądem. Spicie śmietanki triumfu psuje dziennikarzowi dochodzenie prokuratury, które wykazało, że inkryminowana Cyganka najpierw zdziwiła się propozycją zakupu smalcu z psa, ale uznała to za miejską fanaberię. Jako że miastowy nalegał, nachodził i oferował bajońskie sumy, uległa pokusie łatwego zarobku. W miejscowym sklepie zakupiła zatem trzy kilogramy smalcu, przelata je do słojów, dodając do ostatniego własnoręcznie przyrządzonych skwarek. Jeśli zaś idzie o psy, to w życiu by ich nie skrzywdziła. Pyszna to anegdota, której smakowitość zakłóca jedynie to. że wydarzyła się naprawdę. Cyganie to - według statystycznych sondaży - najmniej lubiana grupa mniejszościowa w Polsce. Gruba zasłona stereotypów i uprzedzeń. W życiu, w polskiej literaturze, w myśleniu elit i mas. Schemat jest w zasadzie jeden: żebracze barbarzyństwo albo pałacowy splendor, dokuczliwe wszy albo blaskomiotne złoto, milcząca, zaropiała bieda albo kolorowe spódnice wirujące w rytm muzyki. To są popularne klisze myślowe, w które Polacy wtłaczają fenomen o nazwie Cyganie i cygańskość. Trzeciej drogi właściwie nie ma, co potwierdza przy okazji ustalenia antropologów, według których w wyobrażeniach na temat innych musi występować tak zwana mityczna ambiwalencja obcego. Znaczy to, że Cygan jest albo skrajnie ubogi, albo niewyobrażalnie zasobny; nie może być po prostu statystycznie zamożny. Nie ma tutaj miejsca na przeciętność, liczy się tylko to, co jawnie zaprzecza przyjętej normie.
Książka Jacka Milewskiego jest przełomowa. Jest przełomowa w tym sensie, że przełamuje ten myślowy nawyk, jest przełomowa, bo nie zatrzymuje się ani na poziomie folkloru, ani na infernum ubóstwa. Milewski pokazuje fanki oper mydlanych i młodzieńców opętanych szybkimi samochodami, mężczyzn trunkowych i popkulturowe nastolatki, bezrobotnych i krezusów. Nie Cyganów właściwie, a współobywateli doświadczanych przez jeden wspólny los. Jak ważna to zmiana punktu widzenia, autor jest świadom, zdarza mu się bowiem tu i ówdzie wyrazić zdumienie faktem życia obok siebie zupełnie odrębnych plemion. Plemion snujących o sobie wzajemnie najbardziej fantastyczne rojenia. Dlatego mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że choć „Dym się rozwiewa" nie jest pierwszą polską książką o Cyganach i pomimo że Milewski ma wielkich w tym temacie poprzedników (wspomnijmy Jerzego Ficowskiego), to jednak jego powieść jest pierwsza i jedyna. Pierwsza i jedyna w czułości, w subiektywnym patrzeniu od środka, w prymacie literackiego zamysłu nad jakimikolwiek innymi, nieliterackimi zamiarami. Tym cenniejsza dla czytelnika jest okoliczność, że przełomową powieść czyta się z satysfakcją i uśmiechem. Dotyczy to zwłaszcza sowizdrzalskiej mądrości „jego", Milewskiego, Cyganów. Którzy nie mają skrupułów przed pozbawieniem naiwnych gadziów ich pieniędzy, wszak ostatecznie głupi byli, więc im się należało i grzechu nie ma. Którzy targując się z właścicielem mazurskiego pola kempingowego i zbijając o połowę cenę za dwutygodniowy pobyt, informują, że sprawa dotyczy osiemdziesięciu siedmiu osób. Cudowne są także fragmenty cygańskiej lekcji historii najnowszej i geopolityki: Bo wiesz, jak się jedzie, to najpierw są biedne Niemcy, a dalej bogate. Oni się niedawno złączyli - wyjaśnia pewna Cyganka. - Po wojnie ich rozłączyli za karę. Za to, co razem z Hitlerem zrobili. Bogatych zabrali Amerykanie, a biednych Ruskie. I tych biednych Ruskie okradli jeszcze gorzej, tak jak Polaków, i stali się jeszcze biedniejsze (s. 165). Oryginalne są nawet zaskakujące wnioski z odległej przeszłości:
- Nie Żydzi zabili Jezusa, tylko Rzymianie. -A kto to Rzymianie?
- Rzymianie to przodkowie Włochów.
- Włosi zabili Jezusa?! A teraz tam papież mieszka?
Dobra, aktualna i potrzebna to książka. Milewski we wstępie wyjaśnia, że nie będzie o swoich bohaterach pisał jako o Romach, nigdy też nie powie o Cygance „Romka". W połowie opowieści drwi, że w myśl politycznej poprawności nie powinno się już dzisiaj mówić „ocyganić", ale tylko „oromić". Proszę zatem na koniec: orom nas jeszcze, orom!
Recenzje i omówienia
Waldemar Kuligowski
