Romowie.info - A to ci historia

A to ci historia

Polska Gazeta Wrocławska
dodatek Wrocław 02-04-10 DZ. / Nr 78

A to ci historia


Pamiętajcie, o rodzinie nigdy nic złego. I już!
Sędzia oniemiały patrzył na salę sądową. Tylu toreb z wałówką dla oskarżonego dawno nie widział. Ale mina mu całkiem zrzedła, kiedy świadkowie zaczęli składać zeznania - pisze Katarzyna Kaczorowska
- Proszę podać swoje imię i nazwisko. Adres. Datę urodzenia. Czy świadek rozpoznaje oskarżonego Adama W.? - pytał spokojnie sędzia, niczego nie przeczuwając. Świadek grzecznie powiedział, że nazywa się Paweł W., powiedział też, gdzie mieszka i ile ma lat. I z pełnym przekonaniem zakończył: - Nie znam oskarżonego.
Sędzia patrzył przez chwilę na niego z niedowierzaniem.
- Jak to nie zna pan? Przecież oskarżony mieszka w tej samej bramie, co pan. I nie znacie się?
- Nie znamy - świadkowi nawet powieka nie drgnęła. Jeszcze gorzej było z kolejnymi wzywanymi. Najbliżsi kuzyni oskarżonego zeznawali, że właściwie to go nie znają, że od lat się nie widzieli i dawno nic ze sobą nie mieli, a że mieszkają w jednej okolicy, no cóż, taki rodzinny obyczaj. Sędzia siłą powstrzymywał się, by nie walnąć ręką w stół i tym samym nie narazić autorytetu Wysokiego Sądu na szwank. Ale kiedy zobaczył, że siedząca na sali rozpraw matka oskarżonego Adama W., zażywna 50-latka, cały czas daje mu znaki rękoma, sugestywnie przewraca oczami i wskazuje na kilka wypchanych reklamówek ustawionych na ławce obok niej, nie wytrzymał. I wyznaczył nowy termin rozprawy.
- No i widzi pani, jaki cyrk? -prokurator kiwał z niedowierzaniem głową. - Normalnie czeski film. I tak na każdej rozprawie. Najbliższa rodzina. W jednej kamienicy mieszkają, a udają, że obcy. Cholera, jakbym wiedział, palcem bym nie kiwnął i odpuściłbym tę sprawę. Ale po co w takim razie zgłaszali tę bójkę? A zresztą, co tu dużo mówić - między Cyganami najważniejsza jest solidarność. I to, żeby nie dać się Gadziom. Bo u nich sprawiedliwość w swoich rękach trzyma wójt. I jak powie, że kogoś trzeba ukarać, to wtedy ukarać go można. A z aktu oskarżenia sprawa wydawała się taka prosta. Adam W. i Paweł W., kuzyni, ich matki były siostrami i sąsiadkami w jednej kamienicy, od małego wychowywali się razem. I jak to czasem bywa, lubili nie tylko być chwalonymi, ale i dokazywać. A jak chłopaki dorosły, to i dokazywanie stało się bardziej, hm, wyraziste.
Z materiałów zebranych przez policjantów w trakcie dochodzenia wiadomo było tyle, że między chłopakami na pewno doszło do bójki - bo jak się tłukli w pewną wrześniową sobotę, jacyś obcy zadzwonili na komisariat. Kiedy policjanci przyjechali do jednej z kamienic przy Jedności Narodowej, która dawno, oj dawno, nie widziała ekipy remontowej, obie cygańskie rodziny szły w zaparte, że żadnej bójki nie było, a sąsiedzi to wredni i zawsze o Cyganach nic tylko źle i źle. Ale policjanci byli nie w ciemię bici. Poszukali po szpitalach i w jednym z nich znaleźli chłopaka z raną kłutą. Paweł W. zarzekał się na wszystkich świętych i Matkę Boską, że na finkę nadział się sam przypadkiem. I za nic nie fatygowałby policjantów do takiej lichej sprawy, bo przecież ze szpitala to on zaraz wyjdzie. I wyszedł- na własne żądanie. Kolejne rozprawy przeciwko Adamowi W. oskarżonemu o bójkę z użyciem niebezpiecznego narzędzia rzeczywiście przypominały cyrk. Na korytarzu zawsze siedziała licznie zgromadzona rodzina: mamy oskarżonego i pokrzywdzonego, ojcowie, wujkowie, ciotki, kuzynki, kuzynowie. Zawsze z przygotowaną wałówką i ciuchami na zmianę. Wydobywanie zeznań ze świadków przypominało zabawę w ciuciubabkę, ale w końcu sędziemu udało się ustalić, jak wyglądała owa feralna sobota. Adam miał od niedawna nowy samochód. Przywiózł od wujka z Niemiec. Szpan zadawał na całej dzielnicy. A jeszcze jak włosy ułożył na żel i włożył nowe nike, to nie było panny, która się za nim nie obejrzała, a kolegów cicha zazdrość zjadała. Chuchał na to auto, dmuchał. I nie zamierzał go nikomu pożyczać. Przewieźć, a i owszem, w końcu kierowcę z daleka będzie widać. Ale wozu nawet własnemu ojcu by nie dał. No chyba żeby musiał. Wtedy, w sobotę, umówił się z kolegami z Brochowa. Kąpał się, kiedy do domu przyszedł Paweł. Pogadał z ciotką, jak zawsze pożartował, z apetytem zjadł kotleta. I zaczął pytać o Adama.
-A kąpie się, a jak do wanny wlezie, to będzie siedział i ze dwie godziny, taki galant się z niego zrobił - żartowała.
Paweł niewiele myśląc szybko dokończył jeść i jakby go co ugryzło, zerwał się na równe nogi i rzucił, że musi lecieć. W przedpokoju jeszcze tylko zakręcił się wokół siebie i już go nie było. Kiedy Adam wypachniony, ogolony, ze świeżo ułożonymi włosami wyszedł w końcu z łazienki, okazało się, że minęła może godzina. Chłopak zjadł obiad i całując mamę w policzek, powiedział: - Wracam wieczorem.
I nagle z przedpokoju rozległ się wrzask: - Gdzie są klucze do auta?
Matka spojrzała na niego, jak na wariata. - Jakie klucze? -wzruszyła ramionami.
- No nie ma! Wisiały koło kurtki! - Adam darł się jak poparzony. A jego matce stanął przed oczami Paweł kręcący się po przedpokoju. Adam wybiegł z mieszkania. Pawła dopadł na podwórku, kiedy parkował samochód. Ten nawet nie zdążył krzyknąć, że wóz tylko pożyczył i nic mu nie zrobił, nawet nie drasnął. Adam niewiele myśląc walnął go z pięści i bójka na podwórku zaczęła się na całego. Kiedy w tej bójce pojawił się nóż? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że równie błyskawicznie na podwórku pojawiła się rodzina kuzynów, a obie mamy uznały, że brudów przed obcymi prać nie będą. W końcu rodzina ma się trzymać razem, a o rodzinie nigdy nic złego. I już.
Katarzyna Kaczorowska

Partnerzy:

Prom
MSWiA
DUW
UKF
JCU
CIRS